Czasami mam wrażenie, że żyję w czasach, gdzie pozostaje
tylko naśladować… Że niczego już nie zobaczę pierwszy raz, że nic już nowego
nie zostanie odkryte, napisane, zagrane, zrobione… Że wszystko już gdzieś było
wdziane…
Bo było.
Pamiętam, gdy pierwszy raz zobaczyłam Tatry, byłam nimi tak
zachwycona, jakbym była jednym z tych nielicznych szczęśliwców, którzy mieli
okazję je odkryć… To piękno niewzruszone, ten majestat, to uczucie, gdy
dojdziesz na szczyt i czujesz, że nikt ani nic nie jest w stanie odebrać ci tej
mocy jaką masz w sobie w danej chwili,
dystansu do rzeczy pozostawionych w dole i radości bycia tu i teraz… a później…
wszystkie ich szlaki i zakamarki, widoki: to z tego, to z takiego ujęcia…
wszystko to zobaczyłam w Internecie… z każdej możliwej strony. I sama już nie
wiem, czy cieszyć się z tego czy nie, bo w chwilach kiedy za Nimi tęsknię,
właśnie w Internecie wędruję tatrzańskimi ścieżkami, wpatruję się w fotografie,
ale kiedy już tam jestem i dostaję to całe piękno i uczucia na tacy to czasami
brak mi tego pierwotnego, specyficznego, zaskakującego rodzaju zachwytu: „Ach!
Czy ktoś widział takie cudo?!” … [Widział , widział i pokazał światu… a potem
ten „świat” nie chce się już ruszyć sprzed monitora, bo po co, kiedy wszystko
już zostało zobaczone i pokazane? ale to taka
mała dygresja ;) i oczywiście dotyczy określonych osób ]. …A ja?
Spontanicznie zaczynam używać mojego „osobistego przenośnego komputerka” –
mózgu. W telegraficznym skrócie przywołuję w pamięci obrazy z Internetu.
Porównuję. Znam je. Widziałam już. Ano tak. Żadna nowość. Na pocieszenie
(wielkie zresztą) pozostaje: bycie w chwili całym sobą i „na żywo wygląda o
wiele piękniej”.
Na dodatek okazuje
się, że doświadczenie z tzw. „drugiej ręki” niejednokrotnie przynosi spore korzyści,
bowiem wspinając się na szczyt, wiem już o niektórych elementach tyle z Internetu,
że nie muszę ich zdobywać w drodze, ale zwyczajnie… unikam. Unikam np.
przemoczenia, bo przecież wiem, że muszę mieć kurtkę przeciwdeszczową, ale tak
w ogóle to nie wychodzę w góry, kiedy ma padać bo to przecież niebezpieczne, więc…
omijam jakąś część doświadczania. (no ok
zdarza się, że nie unikam, ryzykuję, ale chodziło o przykład jakiś nie
ocierający się o coś typu: nie
przygotuję się odpowiednio do wspinaczki bo będę doświadczać w trakcie, a jak
popełnię błąd z niewiedzy to najwyżej spadnę ;) )
I naprawdę nie wiem,
w jakich kategoriach o tym myśleć…
Taki mały wydźwięk komercji dla mej duszy i refleksja bez
jednoznacznej odpowiedzi.
Mimo wszystko idę.
Idę w te „moje-nie moje” góry. Idę po zachwyt z „drugiej ręki”. Będę spełniać
marzenia i wejdę na Mnicha, chociaż „to już takie oklepane”. Wejdę i będę się
cieszyć. Będę tylko w tej jednej chwili… bez tej całej „reszty”… przez
chwilę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz